Hardkorowe translacje – o języku polskim, który jest coraz bardziej angielski

Zacieranie się granic pomiędzy językami i nieustanne zapożyczenia to zjawiska zupełnie naturalne, a w czasach, gdy angielski stał się nową lingua franca, nie dziwi, że to anglicyzmami zalewani jesteśmy najobficiej. Efekty tego trendu możemy usłyszeć  na co dzień nie tylko w specjalistycznych żargonach technologicznych, gdzie trudno uniknąć zapożyczeń, ale także w zupełnie naturalnej, codziennej komunikacji z otaczającymi nas ludźmi.

W ten sposób społeczność korzystająca z danego języka staje się niejako zbiorowym tłumaczem, który z wyzwaniem nazywania napotkanych zjawisk radzi sobie tak, jak umie – na poczekaniu dopasowując znane określenia do wymogów sytuacji. A w świecie, gdzie prawie każdy przynajmniej w podstawowym stopniu jest oswojony z angielskim, zapożyczenia i wprowadzanie do mowy potocznej coraz to nowych anglicyzmów przychodzą wyjątkowo łatwo…

Na samą myśl o tych nowych dla polszczyzny anglicyzmach puryści dostają drgawek. Nic w tym dziwnego, bo wielu zapożyczeń można by było uniknąć. W czym bowiem jest lepsze sale od naszej polskiej wyprzedaży, koncept od pomysłu (wypierający zresztą poprawną koncepcję), a  please od zwyczajnego proszę tudzież lunch od obiadu?

Rzadko da się ich używanie (szczególnie w spolszczonej pisowni) wytłumaczyć ekonomią, częściej już chyba mają za zadanie nadawać stylowi mówiącego pewien „wyluzowany” rys (lub, jak kto woli, feel), co zresztą jednych odbiorców ośmieli, a na drugich zadziała jak płachta na byka, więc też bywa ryzykowne. Nierzadko takie twory brzmią po prostu infantylnie, co nie dziwi, bo niektóre określenia przeniknęły do naszego języka z przestrzeni blogosfery i to tej jej części, z którą na ogół wolelibyśmy nie mieć nic wspólnego.

Tak czy inaczej, w przypadku wszystkich powyższych przykładów nietrudno o polskie odpowiedniki i żaden purysta nie będzie miał problemu z pozostaniem w granicach hołubionego języka.

Problemy zaczynają się piętrzyć, gdy na dobre wkraczamy w jezykową przesteń rzeczywistości wirtualnej – prawdopodobnie głównie dlatego, że ze wszystkiego, co nowe, korzystamy najpierw po angielsku. Zanim upowszechni się polska wersja, jesteśmy już zbyt przyzwyczajeni do angielskich określeń, by kłopotać się tworzeniem oryginalnych odpowiedników w rodzimym języku, które, bez względu na siłę naszych starań, narażone będą na śmieszność.

Hejtuję, więc jestem

Ponadto, dosłowne tłumaczenia angielskich słów mimo wszystko – dosłownie – tracą na znaczeniu. Ot, choćby niezwykle popularne w polskim internecie “hejtować” od angielskiego “to hate” zupełnie nie przypomina w wydźwięku i ładunku emocjonalnym słowa “nienawidzić”. Analogicznie, coraz łatwiej przychodzi nam mówienie, że coś “lajkujemy” – i nie chodzi tu przecież o zwykłe lubienie, bo nawet klikanie “lubię to” na Facebooku ma różne oblicza i wiele rzeczy może manifestować.

Prawdziwe szaleństwo zaczyna się przy podążaniu za kimś w sieci – obserwowaniem strony, śledzeniem treści bloga, monitorowaniem aktywności użytkownika… Angielskie follow tak bardzo wryło się nam w język, że coraz łatwiej przychodzi nam mówienie, że wcale nie śledzimy, lecz follołujemy, a gdy postanawiamy przestać, to znaczy, że zdecydowaliśmy się kogoś “odfollołować”. Purystom krew ścina się w żyłach.

Kaczątka idące za kaczką

Dobrze by było, gdyby ten żargon pozostał w granicach fejsa.  Szerowanie (share’owanie?) postów na wallu nikogo już nie dziwi. A w tych postach prezentujemy światu nasze selfie (zdjęcia „z ręki” robione samemu sobie), śmieszne gify  (animowane obrazki) znalezione w sieci albo zapraszamy na iwenty (od angielskiego event – wydarzenie), na których wysłuchamy koncertu poprzedzonego – a jakże – supportem (pewnie saport jest już tylko kwestią czasu), a może obejrzymy sequel (sikłel?!) blockbustera, czy rimejk (remake) prequela oldschoolowego b-movie.

Wszystko to wydaje się zupełnie zwyczajne (totalnie okej). Trudno się nawet zastanawiać, czy te wszystkie słowa mają jakieś polskie zamienniki, bo i tak wszyscy mówimy w taki właśnie sposób. Już nie gadamy, a chatujemy, albo wręcz tweetujemy – tweet to krótka wiadomość na Twitterze, zazwyczaj oznaczona odpowiednimi hashtagami.

Poznając kogoś nowego IRL (od in real life, co oznacza ni mniej, ni więcej poza siecią – co zastanawiające, bo coraz więcej tego „prawdziwego” życia toczy się w sieci) i tak sięgamy do świata wirtualnego, guglując (Google jako czasownik też się już upowszechnił) o tej osobie, co tylko się da – od kontentu i dizajnu jego bloga (czy jest transparentny?) po ulubiony dressing do sałatki (bo przecież powiedzenie sos byłoby zbyt trywialne). Jeśli okaże się, że ma iście epicki pijar, to zaczynamy go stalkować, a jeśli dowiemy się, że jednak  generalnie fejluje w życiu – de-friendujemy (albo unfriendujemy) go ASAP (as soon as posible).

Headline czy hasło reklamowe?

Można by tak długo – internetowy język (jeśli już nie żargon) potrafi być naprawdę hardkorowy. Do tego stopnia, że trudno nam sobie wyobrazić komunikację bez użycia tych wszystkich tak poręcznych, odrobinę tylko spolszczonych słówek, szczególnie, gdy okazuje się, że każdy w lot chwyta, co mamy na myśli posługując się nimi.

Czy stanowi to zagrożenie dla polszczyzny? I tak, i nie. Większość tych określeń wyrasta jak grzyby po deszczu w dziedzinach, które przez język polski i tak nie zostały zagospodarowane – z potrzeby nazywania, a nie podmieniania już istniejących nazw. Z drugiej strony – taka praktyka przyzwyczaja nas silnie do dalszego podążania w kierunku wypełniania wszystkich naszych jezykowych braków poręcznymi anglicyzmami, kiedy często jest to zupełnie zbędne, a wręcz czyni szkodę w pewien sposób wpajając w nas przekonanie, że traktowanie języka w ten sposób nie jest żadną zbrodnią. To z kolei może prowadzić do ekspansji anglicyzmów w dziedzinach, gdzie nie są one potrzebne i rzeczywiście tylko zaśmiecają nasz rodzimy język.

Każdy język to specyficzny sposób postrzegania i rozumienia świata. Sięgając po angielski w naszych opisach i reakcjach na rzeczywistość, dajemy świadectwo postępującemu ujednoliceniu kultury, w której anglosaska emocjonalność i obyczajowość zaczyna dominować na rónwni z samym językiem angielskim. Cieszy nas, gdy coraz lepiej rozumiemy się z ludźmi z całego świata, ale jednocześnie martwić powinno zatracenie tej własnej, niepowtarzalnej perspektywy, niezbędnie potrzebnej do zachowania kulturowej i narodowej tożsamości, możliwej do kontynuowania tylko przy znajomości i rozumieniu jej wielowiekowych korzeni.

Mamy realny wpływ na to co dzieje się z polszczyzną przez komunikację świadomą i dbałą nie tylko o poprawność, ale również o różnorodność języka. Nie ma lepszej drogi by przekonać się jak potężnym jest on narzędziem, niż korzystając z tych możliwości najlepiej, jak umiemy.

 

Ĺąródła obrazków: behappy.me,  zacnysuchar.com,  tampabay.com,  adkuchni.blox.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *