Czy naprawdę wiesz, co jesz?

Dodany przez Anna


Opublikowany luty 21, 2014


Open-uri20180606-15650-1mckqyl?1528278490

Tytuł trochę przewrotny, bo dzisiaj wcale nie będzie o poradach dietetycznych czy cudownych pomysłach na szybkie zrzucenie paru kilogramów, ale o tłumaczeniach kart dań w restauracjach. Bo czasami zanim klient zamówi wybraną potrawę, serwuje mu się twardy orzech do zgryzienia…Pisze Daga Bożek-Andryszczak


Internety się śmieją


Takie zdjęcia jak te poniżej (na naszym Facebooku znajdziecie więcej przykładów) lub o podobnej tematyce kojarzy pewne każdy.

<!-- more -->

Zabawne tłumaczenia w chińskim menu

I byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie było takie smutne, a właściwie prawdziwe – sami z pewnością kojarzycie podobne przykłady z polskich restauracji i barów (ja na przykład pamiętam radosną twórczość cateringową przy okazji Mistrzostw Europy i Międzynarodowych Zawodów w Tańcu Irlandzkim, które odbyły się w zeszłym roku w Krakowie, kiedy to „kanapka z szynką” figurowała na liście jako „piece of ham” i, analogicznie, „piece of cheese” oznaczało „kanapkę z serem”; żałuję tylko, że nie zapamiętałam jak przetłumaczono „drożdżówkę”).

Jednak na swoim podwórku aż tak mocno tego nie odczuwamy – ot, może ktoś z nas uśmiechnie się na widok niezgrabnego tłumaczenia, ale i tak zamówi „żurek z kiełbasą” czy „smażonego pstrąga z frytkami”, no bo w końcu nad czym tu się zastanawiać?

A teraz odwróćmy sytuację i próbujmy się wczuć w rolę zagranicznego klienta. I to w dodatku bardzo głodnego.

Przychodzi klient do baru…


„Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte: podchodzi doń kelner, podaje mu kartę, a w karcie…” Właściwie tak do końca nie wiadomo. I co tu zrobić? Jeśli jesteśmy w stanie jakoś się dogadać z kelnerem i ustalić skład dania, mamy szansę na obiad bez niespodzianek.

Innym, zdecydowanie gorszym wariantem jest brak jakiegokolwiek tłumaczenia poszczególnych pozycji menu. Przeżyłam to kiedyś w ukraińskiej restauracji, gdzieś w zamierzchłych czasach, kiedy nie znałam jeszcze cyrylicy, a kelner nie mówił po angielsku. Z rozpaczliwej wymiany zdań udało mi się jedynie ustalić, że danie zawiera mięso i ziemniaki. Z jaką ulgą odetchnęłam na widok kelnera niosącego placki ziemniaczane z gulaszem… Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy może mieć takie szczęście.

Menu = wizytówka restauracji


Zarówno wizytówka z błędami w treści, jak i menu z kiepskimi tłumaczeniami nazw potraw nie wyglądają dobrze i świadczą o braku profesjonalizmu, a czasami wręcz mogą odstraszyć klienta, który zamiast ryzykować podejrzany obiad, pójdzie na zakupy do pobliskiego sklepu.

Dlatego naprawdę nie warto tłumaczyć menu za pomocą internetowych translatorów, managerów restauracji lub znajomych, którzy znają angielski (albo inny język obcy) na poziomie „zadowalającym".

No, chyba że stawiamy na kreatywność naszych klientów, dla których rozszyfrowanie enigmatycznego „follow in oil” nie powinno stanowić problemu. Albo liczymy na to, że są ryzykantami, których żadne kulinarne eksperymenty nie przerażają.